Pewien mężczyzna oświadczył się swojej kobiecie w bardzo niezwykły sposób. Pokusiłam się dzięki temu do napisania krótkiego wpisu o tym wydarzeniu. Nie wiem czy jakimkolwiek opisem oddam piękno tej sytuacji, więc nawet nie podejmuję ryzyka. Jedyne co wspomnę to miejsce: kino w Bielsku (śląsk). Uwaga! Wzruszające!

Niezwykłe zaręczyny – zobacz na vimeo.com >> klik <

A jak wyglądały Twoje zaręczyny? Były wyczekiwane? A może całkowitym zaskoczeniem? Koniecznie pochwal się w komentarzu.

Mój Ukochany zabrał mnie do ulubionej pizzerii. W drodze powrotnej wspomniał, że skoczymy jeszcze po alkohol do galerii handlowej. Po zakupach wsiedliśmy do samochodu. Gdy już mieliśmy jechać, popatrzył na mnie z uśmiechem i powiedział, że mam wysiadać, bo zapomniał, że ma zarezerwowane bilety do kina. Byłam lekko zaskoczona, lecz miesiąc wcześniej zrobił podobnie. Umówił się z kumplem do kina, a my z Sylwią byłyśmy nieźle zaskoczone spotykając się nagle w galerii. Instynktownie szukałam Sysi, wyczuwając podstęp, nikogo jednak nie spotkaliśmy. Byliśmy na horrorze, tak samo jak na naszym pierwszym spotkaniu. Tak bardzo się wtedy bałam, że tuliłam się do niego, wcale nie zastanawiając. Po seansie po raz kolejny obraliśmy za cel powrót do domu. W trakcie jazdy zostałam zapytana, czy nie mam ochoty jeszcze gdzieś pójść. Oczywiście, że miałam! Zabrał mnie do herbaciarni (miejsca bardzo romantycznego, ciemnego, ze świeczkami, malutkimi filiżankami, fajkami wodnymi i spokojną muzyką, która kojarzy mi się z buddyzmem i modłami). Niestety nie było wolnego stolika! Podeszliśmy do baru. Powiedział, że ma rezerwacje. Na to bym nie wpadła… Usiedliśmy na poduszkach, przy niziutkim, okrągłym stoliczku, tam, gdzie 3 lata wcześniej siedzieliśmy na pierwszej randce, po seansie. Tam właśnie pierwszy raz mnie pocałował. Zamówiliśmy herbatkę. Kelnerka była tak podekscytowana wiadomością oświadczyn, że zamiast herbatki przyniosła nam fajkę wodną i ręczniczek. Podejrzana sprawa, bo ręczniczek dostaje się do herbatki, nie fajki. Widziałam jego zdziwienie i chyba wtedy go rozszyfrowałam. Podszedł do kelnerki rozwiązać nieporozumienie, domówił herbatkę. A w ręczniczku było czerwone serduszko z pierścionkiem! Spytał, czy ładny. Było ciemno! Patrze, widzę niebieski, mówię, że śliczny i tule go. On, że jest zielony. No cóż, ciemno jest, przyjże się przy świetle. Ale wtopa! Później dowiedziałam się, że pierścionek odebrał w ten sam dzień, rano. Formalnie miał być trochę z białego złota, trochę z żółtego. Pomylili się w wylewni i był cały z białego. Wystukując na poczekaniu pieczątkę odpadł diamencik. Ale miał pecha! Naprawiali go ze sprzedawcą. Po dwóch tygodniach i tak go oddał. Nie podobało mu się, że jest cały z białego złota, mówił, że nie wygląda już tak ładnie. Aktualnie mam ten „prawidłowy”. Gdy wyszliśmy z herbaciarni zabrał mnie na most i kazał znaleźć coś szczególnego. Mówiłam mu, że dziewczynę to akurat bardzo spostrzegawczą nie ma.. Do poręczy były przypięte kłódki. Dostałam swoją, dużą z wygrawerowaną datą i naszymi imionami. Obiecał, że za rok przyjdziemy tutaj przypiąć nową malutką z datą ślubu. Zapomniałam wspomnieć, że miesiąc przed oświadczynami wybraliśmy już datę ślubu. Gdybym widziała, że chce mi się oświadczyć równy rok wcześniej, datę ślubu zarezerwowałabym już wcześniej! Żart :)

Pozdrawiam i czekam na wasze komentarze! Lusia